R e p o r t a ż

Życiowa funkcja

tekst PATRYCJA KRĘZEL

___

Dlaczego rezygnować? Tyle nieba mamy ponad nami.

Raoul Follereau

Zapraszasz na świat dziecko, tylko po co? Napisz dwadzieścia odpowiedzi. Ile?! Minimum dwadzieścia. Co się okazuje? Że chcesz to dziecko dla siebie, a nie po to, by dać mu życie. Rodzic ma tylko pomóc dziecku wzrosnąć i umożliwić mu realizację życiowej misji. Jego misji. Rodzic ma swoją, dziecko swoją. Kiedy pociecha nie pojedzie z tobą w góry, bo będzie domatorem – co zrobisz?

– Nie myślałam o tym.

Pomyśl teraz. Musisz naprawdę chcieć tego dziecka, żeby mieć prawo do frustracji z powodu nieudanych prób jego poczęcia.

Małgorzata ma 37 lat, szczupłe dłonie, oliwkową cerę i kasztanowe włosy upięte w kok. Od 5 lat starają się z mężem o dziecko, co widać w jej wyczerpanym spojrzeniu. Początkowo nie dostrzegali problemu – brak ciąży tłumaczyli tym lub tamtym – jednak przedłużająca się porażka wzbudziła ostatecznie ich niepokój. Stres i nerwy stały się codziennością. Temat dziecka obecny w każdej rozmowie, ciągłe obserwacje, matematyczne wyliczenia, miłość na czas… To nie jest łatwe dla pary. Nie każdy wytrzymuje presję.

Na tle ciepłobiałych ścian gabinetu wszystkie kolory wydają się intensywne. Wrzosowa koszulka Małgorzaty niemal razi. Kolczyki z biskupim okiem, założone pewnie mimochodem, połyskują dość mocno. Tylko jej twarz wydaje się matowa, pozbawiona blasku. Niepłodności nie da się ukryć pod makijażem – niepłodności, bo w tej kwestii nic nie jest ostateczne, choć czasami się takie wydaje.

– To, że dzisiaj nie mogę zajść w ciążę – tłumaczy pani Agnieszka z Centrum Wspierania Płodności we Wrocławiu – nie znaczy, że jutro nie zajdę. Cykl się zmienia. Teraz jestem niepłodna, ale w następnym cyklu mogę wszystko.

Płodność jest wrażliwa, a rozmnażanie to jedna z życiowych funkcji człowieka – podstawowych, fizjologicznych. Zawsze są jakieś powody zaburzeń tego procesu. Bardzo często głowa. Bardzo często emocje. Bardzo często nie akceptujemy swojego ciała i swojej miesiączki.

– Co czułaś, kiedy dostałaś miesiączkę? Zazwyczaj strach, lęk, wstyd albo w ogóle byłam wściekła, że przyszła, bo akurat miałam jechać na basen. Nie ma przyjęcia, a jest ból.

Psychologowie porównują niepłodność do stanu utraty kogoś bliskiego – to są takie emocje. Miesiączka symbolizuję tę stratę, nieudaną próbę zajścia w ciążę. Pojawia się krwawienie i kobieta ma właściwie dwa, trzy dni na opłakanie wszystkich swoich niespełnionych marzeń. Dwa, trzy dni! Zaczyna się nowy cykl. Kobieta musi znaleźć siłę, nadzieję, bo może teraz się uda. Nie ma czasu, nie ma kiedy płakać.

– Dlatego zawsze powtarzam: pokochaj swoją miesiączkę, rozmawiaj ze swoją macicą. Tylko w ten sposób wykorzystasz w pełni kobiecą energię i osiągniesz dokładnie to, co chcesz.

___

Polska nieuchronnie zmierza ku bezpłodności. Zauważalny jest coraz niższy przyrost naturalny. Jak wynika z danych Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, problem ze spłodzeniem dziecka dotyka co roku około 1,5 mln polskich par. Według prognoz demograficznych Głównego Urzędu Statystycznego, pod koniec 2050 roku populacja Polski wyniesie 34 mln osób, co w porównaniu do 2018 roku oznacza zmniejszenie liczby ludności o 3,95 mln, czyli aż o 10,41 proc.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) określa bezpłodność mianem choroby społecznej. Według statystyk, na całym świecie problem ten dotyczy od 10 do 18 proc. populacji. Przyczyny tej sytuacji są wieloczynnikowe i dotykają zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Temat płodności nadal pozostaje tematem tabu. Dlaczego kobiety niechętnie mówią o swoich problemach z poczęciem lub utrzymaniem ciąży? Dlaczego pary ukrywają fakt korzystania z in vitro?

Wyniki ankiety przeprowadzonej całkiem niedawno – na grupie 1000 kobiet w wieku od 25 do 33 lat – przez jedną z firm zajmujących się badaniami genetycznymi wykazały, że zdecydowana większość pań trzyma w tajemnicy informacje na temat swoich trudności z poczęciem. Aż 60 proc. badanych przyznało, że nie zwierza się z tego nawet najbliższej przyjaciółce. Co czwarta kobieta, która zamroziła lub zamierzała zamrozić komórkę jajową nie informowała o tym nikogo, a 21 proc. kobiet, które straciły ciążę nie powiedziało o tym nawet swoim rodzicom.

___

Nie można zajść w ciążę wtedy, kiedy nie ma macicy i jajników. Jeżeli jednak jest macica i chociaż jeden jajnik (chociaż pół jajnika!), a do tego chociaż jeden plemnik – zawsze można. Trzeba tylko stworzyć warunki do tego, by dziecko zaprosić na świat. Ono się nie poczyna z różnych względów – i fizycznych, i psychicznych, i duchowych.

Irena i Jan, młode sympatyczne małżeństwo z Wrocławia, wiedzą już, że nie mają szansy na naturalne poczęcie. Ona, atrakcyjna długowłosa brunetka, której po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych posypało się całe ciało. Ma wszystko, co może mieć: policystyczne jajniki, endometriozę, Hashimoto i inne. On, mężczyzna o szerokich ramionach, zielonych oczach i beznadziejnych plemnikach. Szykują się do in vitro.

– Miałam na nich dziki plan. Kazali mi robić to, co uważam za stosowne, żeby jak najlepiej przygotować ich do zabiegu, więc to właśnie robiłam.

Spotkania, rozmowy, praca na emocjach, kroplówki witaminowe. Szczególnie kroplówki bardzo dobrze na tę kobietę działały, bo razem z wodą schodził z niej stres. Odzyskała energię i radość. W planach było wsparcie nasienia Jana od następnego cyklu.

Już nie zdążyłam, bo Irena była w ciąży. Jest. Urodzi się dziewczynka, Natalka. Nasienie obyło się bez wsparcia, a lekarz mocno się zdziwił.

Teraz Irena promienieje miłością, mimo cierpień, których doświadczyła. Siedzi na kremowej kanapie w przestronnym salonie, trzymając w jednej ręce szklankę, z której popija wodę z miętą przez jasnozieloną słomkę, a drugą mimowolnie głaszcząc wyraźnie zaokrąglony już brzuch. Wiosenne słońce wchodzi do pomieszczenia przez wysokie balkonowe okno i plącze się w jej mahoniowych włosach. Jeszcze pół roku temu pomyślałaby, że to zupełnie niemożliwe.

– Czasami potrzebne jest tylko rozluźnienie. Najlepiej odpuścić i zaufać swojemu ciału. Ono wie, jak działać. Nie możemy go do niczego zmusić – tym bardziej, jeżeli wewnętrznie nie jesteśmy gotowe na dziecko – przyznaje.

Trudno ustalić moment, w którym trzeba zacząć się niepokoić. Trudno jest powiedzieć, kiedy należy wykonać badania. To delikatna granica. Trzeba słuchać siebie. Można przecież zrobić wszystko, sprawdzić każdy trop, wyeliminować medyczne problemy – a dziecko się nie poczyna. Dlaczego? Nie wiadomo.

Płodność rozciąga się też na duchowość – a może przede wszystkim. Nie trzeba być osobą wierzącą, można pracować na wewnętrznym dziecku, niekoniecznie na duszy. Pani Agnieszka przyznaje, że nigdy nie pomija tej kwestii podczas pracy z kobietami.

– To bardzo ważne – zapewnia, posyłając mi stanowcze, ale ciepłe spojrzenie, które utwierdza mnie w przekonaniu, że ma rację. Jej oczy lśnią, co sugeruje, że za chwilę usłyszę coś interesującego. – Niesamowite, że kiedy zaczyna się pracować nad duchowością, w kobietach zachodzą zmiany. Przychodzą różne sny – czasami prorocze. Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie pewna para, Ania i Grzegorz. Bardzo chcieli mieć swoje dziecko, ale ostatecznie nie wykluczali też adopcji. Zdecydowali się na inseminację, którą z nimi przeprowadziłam. Po dwóch dniach Ania do mnie dzwoni i mówi: Wiesz, Aga, nic z tej inseminacji nie wyjdzie. Miałam sen.

Pani Agnieszka milknie i upewnia się, czy słowa do mnie dotarły, uśmiechając się tajemniczo. Bierze łyk wody ze szklanki, która stała pomiędzy nami na stole i kontynuuje: Przyśnił mi się chłopiec. Siedział na półce u mnie w sypialni i powiedział: „w końcu po mnie przyszliście”.

Czasami ważna jest kolejność. Nie wiadomo dlaczego. Może każdy ma już z góry napisany plan i niektóre rzeczy muszą dziać się w odpowiednim porządku. Może – w tym przypadku – najpierw dziecko z adopcji, a później własne? Właśnie to im powiedziałam, a oni rozpoczęli proces adopcyjny. W marcu odbyliśmy inseminację, w sierpniu mieli już dopełnione formalności. Niecały kwartał później dostali telefon, że czeka na nich Jaś – trzymiesięczny zdrowy chłopak. Nieprawdopodobne, ale Ania wyznała mi, że to właśnie jest dziecko z jej snu! – Czuję jak po plecach przechodzi mi przyjemny dreszcz. Twarz pani Agnieszki rozpromienia się od szerokiego, prawdziwego uśmiechu. Wiem, że ta historia wiele dla niej znaczy. – Widziałam tego Jasia. Jest niesamowity. I podobny do nich. Naprawdę. – Ostatnie słowo mówi niemal szeptem, mrużąc wymownie oczy.

Wierzę.

___

Łatwiej jest nie zachodzić w ciążę. Kiedy już się zachodzi, pojawiają się nadzieje, planuje się łóżeczko, poród, wspólne życie – i nagle to wszystko znika. Bardzo trudno się otrząsnąć. Poza tym… szpitale.

– Łyżeczkowanie jest traumatycznym przeżyciem dla kobiety. Lekarz podaje miejscowe znieczulenie, ale pacjentka ma świadomość. To naprawdę mało przyjemne. Dojście do siebie po takim zabiegu też jest trudne.

Widzę, że nawet wspomnienie tych wydarzeń do łatwych nie należy. Dojrzała elegancka kobieta o kremowej cerze i włosach w kolorze jasnego blondu sprawia wrażenie nieporuszonej. Wiem jednak, że wewnętrznie dotyka starych ran, o których chciałaby pewnie zapomnieć.

Siedzimy w niewielkim gabinecie, przy biurku o białym lakierowanym blacie. Dystans pomiędzy nami jest na tyle mały, że widzę każdą z rzęs, którymi mruga kilkakrotnie, nabierając powietrza do płuc, ale i na tyle duży, że czujemy się komfortowo. Przy ścianie stoi wysoki szklany wazon, a w nim – bukiet złotych frezji.

– Nie miałam trudności z zajściem w ciążę. Miałam problem z jej utrzymaniem. Przeżyłam cztery poronienia. Po pierwszej stracie usłyszałam od lekarza, że tak się statystycznie zdarza, ale po drugiej… przestało mi się to podobać. Trochę wybijałam się jednak z tych statystyk. – Posyła mi znaczące spojrzenie. – Medycznie wszystko było w porządku, mimo tego poroniłam trzeci raz. Przy czwartej próbie, po zrobieniu Beta hCG, położyłam się do szpitala, natomiast był we mnie taki schemat, że moja głowa chyba nie dawała szansy kolejnej ciąży. Dzieliłam salę z młodą, ale bardzo mądrą dziewczyną, która po jakimś tygodniu powiedziała do mnie: Agnieszka, tak na ciebie patrzę, obserwuję cię, rozmawiamy… i dochodzę do wniosku, że ty wcale nie chcesz tego dziecka. Zdenerwowała mnie! Jednak ostatecznie dało mi to dużo do myślenia. Oczywiście straciłam tę ciążę.

Zastanawiam się nad tym, ile siły skrywa ludzka psychika. Skoro fizyczne warunki są spełnione, dlaczego głowa nie pozwala osiągnąć celu? Mam wrażenie, że moja rozmówczyni już znalazła odpowiedź na to pytanie – niestety, przyjmując na siebie jego cały ból.

– Było ze mną źle, źle, źle. Modliłam się do Boga, by nie pozwalał mi zachodzić w ciążę, którą znów miałabym stracić. Po półtora roku i namowach wielu moich znajomych, poszłam do kolejnego lekarza. Dla świętego spokoju. Nie liczyłam na nic. Co jednak niesamowite, finał był taki, że po upływie sześciu miesięcy poczęła się Marysia. – Mimowolnie się uśmiecha, co od razu odwzajemniam. – Marysia się poczęła, ale wszechświat jeszcze sprawdzał, na ile mu ufam.

Na końcu gabinetu, za plecami pani Agnieszki znajduje się duże okno – roleta jest podniesiona, a firanki w ogóle nie ma, dzięki czemu widzę doskonale, że za szybą panoszy się bezwstydnie wiosenny dzień, który stanowi niebanalne tło dla postaci mojej rozmówczyni. Otulona słońcem, wygląda na tak szczęśliwą, że aż trudno jest dać wiarę jej trudnej przeszłości.

Ten newralgiczny moment, w którym zazwyczaj traciłam moje dzieciaczki, czyli siódmy, ósmy tydzień, przypadał akurat na święta i Nowy Rok. Jesteśmy na sylwestrze, idę do łazienki… widzę krew. Dla mnie krew to zawsze był już koniec.

Zrozumiałe.

– Stoję w tej łazience i myślę sobie: No nie! Albo poddam się znowu emocjom i zakończę w swojej głowie tę przygodę z moim dzieckiem, albo o nie zawalczę. Umysłem. Naprawdę się wtedy zawzięłam. Zdałam sobie sprawę z tego, że dopóki to dziecko we mnie jest, zrobię wszystko, aby mu zapewnić jak najlepsze warunki do rozwoju.

Zaszkliły się jej piękne niebieskie oczy, co było nieuniknione. Dzieli się ze mną swoimi najbardziej osobistymi emocjami. Wiem, że są niezwykle trudne – ale dobre. Odgarnia z czoła kosmyk włosów i bierze głęboki oddech.

– Krwawienie ustało. Nie pojechałam na żadne pogotowie. Dopiero następnego dnia poszłam do mojego lekarza i, pamiętam jak dzisiaj, płakaliśmy oboje… Powiedział mi: całe święta o pani myślałem. – Robi krótką przerwę. – Biło serduszko. – Uśmiecha się wymownie, a ja czuję jak cienka warstwa słonej wody powleka moje oczy. Mrugam kilkakrotnie.

Tylko milczenie mogło udźwignąć emocje, którymi wypełnił się gabinet pani Agnieszki. Nie były potrzebne już żadne słowa.

Jej się udało. Ściągnęła swoją Marysię z nieba. Co prawda, musiała cierpliwie poczekać aż dziewczynka załatwi na górze swoje sprawy – ale poczekała. Właśnie dzięki temu zrozumiała sens doświadczonej niepłodności, zyskała większą świadomość siebie i teraz realizuje swoją misję. Pomaga kobietom, które błądzą na drodze do przekazania życia. Bohaterka. Matka.